Kutia

Kutia – Historia sprzed lat

Działo się to dekadę temu. W Wigilię. 🙂

Jak wszyscy wiemy, sąsiadów się nie wybiera. Przyjmuje się ich takimi, jacy są. Tak jak oni przyjmują nas. Wtedy miałam to szczęście trafić na sąsiadów naprawdę świetnych. Poza kilkoma incydentami, ale to wiecie… życie.

W tamtym czasie, żeby sobie trochę ułatwić świąteczne gotowanie, wymieniałyśmy się z sąsiadką jedzeniem. Ona robiła więcej pierogów, ja robiłam coś innego. Proste, sąsiedzkie układy. Dziś już tu nie mieszka, ale wtedy to było zupełnie naturalne.

Tamtego roku robiłam kutię.

Na naszych terenach to tradycyjna potrawa wigilijna. Zrobiłam jej sporo. Bardzo sporo. Sąsiadka przyszła tuż przed wieczerzą. Wymieniłyśmy się miskami i garnkami, a ona poszła na rodzinną Wigilię, przy stole, przy którym zasiadało prawie dwadzieścia osób.

I wtedy zadzwonił telefon.

– Sąsiadko… jak ty robisz kutię? –  Szeptem. Tym charakterystycznym szeptem, który oznaczał, że ktoś właśnie ma problem.

–  Jak to jak? Normalnie.

– Ale ja potrzebuję dokładny przepis. –

-Teraz? Jutro ci napiszę.

– Nie, ja go potrzebuję teraz.

Okazało się, że wszyscy bez wyjątku zachwycali się kutią. Padło pytanie, kto ją zrobił. Sąsiad wyrwał się pierwszy, wypiął pierś i powiedział, że on.

Nie przewidział jednego. Że wszystkie ciotki, bez wyjątku, wyciągną notatniki.
Wywinął się, jak mógł. Papieros. Kurcgaloploem pobiegł za dom. Telefon do mnie.

–  Pszenicę namocz, ugotuj, dodaj mak, orzechy, miód…

– Ale proporcje!

–  A po co ci proporcje?

Przepis podał. Pochwały zebrał.

Kilka dni później spotkałam inną sąsiadkę, która zapytała, jakiej pszenicy użyłam i jaki miód dodałam, bo podobno moja kutia była najlepsza w okolicy. Zapytałam skąd takie informacje.

Jak to skąd.

Wszyscy już wiedzieli, że sąsiad próbował przywłaszczyć sobie moje kulinarne dzieło. Nawet dobrze mu szło, ale ten nagły zryw na papierosa wzbudził podejrzenia. Z grzeczności i świątecznego nastroju pozwolili mu jednak cieszyć się swoją wersją wydarzeń.

Przez prawie rok chodził dumny jak paw. Ciekawe, czy jeszcze kiedyś próbował.


Kutia – kresowa tradycja

Kutia wracała do mnie co roku. Nie dlatego, że tak wypadało. Tylko dlatego, że były rzeczy, które robiło się, bo się je pamiętało.

Zaczynało się od ziarna. Jak była pszenica, to była pszenica. Jak jej nie było, bywał pęczak.  Ziarno zalewało się wodą i zostawiało na noc.

W niektórych domach do tej wody wrzucało się monety. Na szczęście, na dostatek. Rano tą samą wodą myło się twarz. Taki zwyczaj.

Ziarno potem gotowało się długo. Aż było miękkie. Nie na czas, tylko sprawdzając.

Mak robiło się osobno. Była makutra. I ucieranie. Każdy z domowników musiał wykonać chociaż kilka ruchów. Dzieci, dorośli, kto akurat był w kuchni. Trochę śmiechu, trochę narzekania, że ręka boli, ale wszyscy po kolei. Mówiło się, że to scala rodzinę i że dzięki temu za rok znowu spotkamy się przy jednym stole.

Nie wiem, czy to działało. Wiem, że nikt się wtedy nie wykręcał.

Mak łączyło się z ziarnem. Dodawało się miód. Do smaku. Bez ważenia.


Kutia – orzechy, rodzynki,migdały, czasem śmietana

Poniżej przepis na kutię Marii Ochorowicz-Monatowej w pisowni oryginalnej z „Uniwersalnej książki kucharskiej” z 1910 roku.

Ćwierć litra omielonej pszenicy, którą dostaje się na targu, sparzyć wrzącą wodą, a gdy się parę razy zagotuje odlać i gotować dalej w kamiennym garnku tak długo, aż będzie zupełnie miękka i gęsta. Uważać przytem trzeba by się nie przypaliła, więc najlepiej, gdy na wpół ugotowana, wstawić ją na ruszcie do pieca i często mieszać. Potem odstawić, aby wyziębła. Przygotować mak zupełnie tak samo, jak poprzedni do łamańców, dodać do niego mniej cukru, a za to trzy lub cztery łyżki miodu, 1 / 4 funta oparzonych z łupy i utartych na maszynce migdałów, 1 / 4 funta rodzynków sułtańskich, ugotowaną pszenicę (nie dawać jednak za dużo), rozrobić gęstą słodką śmietanką, nałożyć do kryształowej salaterki i przed podaniem postawić w zimnem miejscu na kilka godzin.

https://polona.pl/item-view/bdad4881-9ca5-4796-9178-5129d4b17e89?page=323

 

Kutia według Lucyny Ćwierczakiewiczowej, „365 obiadów za pięć złotych”, XIX wiek. Skan z dawnej książki kucharskiej.

Kutia według Lucyny Ćwierczakiewiczowej, „365 obiadów za pięć złotych”, XIX wiek. Skan z dawnej książki kucharskiej.

A u nas w tym roku będzie bez orzechów. Starsza ma alergię i to jest ważniejsze niż jakakolwiek tradycja. Orzechy będą w miseczce obok. Kto chce, ten sobie dosypie.

Postawimy na słonecznik i migdały. Też ziarno. Też na bogato. I bezpiecznie. Na darzenie.


Jak za dawnych lat

kutia

Nigdy nie było proporcji. Nigdy ich nie zapisywałam.

Kolejność była prosta: ziarno, mak,  dodatki, miód.

Reszta zależała od ręki i od tego, kto akurat mieszał.

Kutia nie była od idealnego powtarzania. Była od bycia razem.

Reszta niech się wydarzy sama.

 

 

Inny dawny przepis na wigilijną potrawę:

Bobalki z makiem

A jeśli masz ochotę na opowieść, to zapraszam.

W grudniu oprócz zapachu kapusty, czuć z mieszkania Nowakowej, aromat miodu i gotowanej pszenicy. Nikt nie robi takiej kutii jak Nowakowa. Częstuje nią sąsiadów. Gotuje kluski z makiem, kapustę z grochem i grzybami. Zakłada najładniejsze sukienki i czerwone korale. Do kapelusza przypina broszę w kształcie klucza wiolinowego. Czmycha do piwnicy z butelką mleka, by nakarmić głodne koty. I czeka…

Nowakowa

☕ Postaw mi kawę

Jeśli poruszyły Cię moje słowa, rozbawiły lub posmakowały – otul mnie aromatem filiżanki kawy.

Porządki bywają początkiem przygód. Czasem coś oddaję, czasem coś puszczam w świat, żeby znalazło nowy dom. Zajrzyj – może właśnie u mnie czeka Twój drobiazg z historią.

Zajrzyj do mojej szafy na Vinted

Odpowiedz

Please enter your comment!
Please enter your name here