Łzy są siostrami Sanu
Pobiegłam wczoraj nad San. Nie poszłam. Nie spacerowałam. Po prostu pobiegłam. Zgięłam się w pół. Zgięło mnie życie, zgięły mnie emocje, zgięło mnie wszystko, co wydarzyło się w ostatnich dniach. Dosłownie mnie zgięło.
San płynął wartko. Marcowy, zimny jeszcze, ale już niespokojny. Niósł wodę, jakby niósł cudze historie. Może dlatego człowiek przychodzi nad rzekę, kiedy nie umie już unieść własnych.
Zobaczyłam wczoraj w jednych oczach coś, czego dawno nie widziałam. A właściwie widziałam to wiele razy, tylko zawsze próbowałam od tego uciec. Piękne orzechowe oczy. W nich było tyle bólu, ile potrafi zmieścić tylko dziecięce serce. A jednocześnie tyle zaufania do życia, że człowiekowi aż robi się wstyd za własny lęk.
I tak zostawię ten moment.
Bo przypomniało mi się inne dziecko. Dziecko, które stało się moim przyklejonym dzieckiem.
Przyklejonym, nie adoptowanym. Miało przecież swoich rodziców. Najwłaściwszych na świecie. Ale było w obcym kraju i było tak zagubione, że nie miałam serca, żeby się nim nie zająć. Nie przytulić. Nie pocałować w czoło.
Najpierw była zwykła przyjaźń. Dziecko było już przecież duże. A potem wyrosło coś więcej. Nie wiem nawet, kiedy.
Najpiękniejsza miłość, jaką widziałam, nie była jednak między mną a nim. Była między moimi Młodymi a przyklejonym dzieckiem.
Mówili w różnych językach. Używali innych słów, innego alfabetu. A jednak potrafili być razem tak naturalnie, tak zwyczajnie, że kiedy zamykam oczy, wciąż widzę ich dużo młodszych. Krótkich jeszcze, drobnych. Jak układają puzzle. Jak śmieją się z byle czego. Jak jedzą obiad i kłócą się o ostatniego kotleta.
Albo pieroga czy placka ziemniaczanego i resztkę śmietany.
Widzę ich.
Wczoraj moje przyklejone dziecko miało urodziny. I jak zwykle, kiedy kogoś kocham bez zastrzeżeń i bez paragrafów, zadzwoniłam.
I co zrobiłam?
Rozpłakałam się.
Moje przyklejone dziecko mieszka dziś w innym mieście. Ma żonę. Radzi sobie świetnie. A ja zawsze, kiedy słyszę jego głos, pod powiekami mam morze łez.
Tak już mam. Emocje wyskakują ze mnie nagle, mocno, impulsywnie. Jak wulkan.
A on mówi spokojnie: nie lubię, kiedy płaczesz.
Tylko że to nie jest płacz ze smutku. To jest płacz, w którym jest śmiech. Radość, że sobie poradził. Że ogarnął życie. Że żyje. Że ma się dobrze. Że jest zdrowy.
Nigdy nie myślałam, że można tak kochać nie swoje dziecko.
Naprawdę. Nigdy.
I wciąż kochać. I tęsknić. A jednocześnie być spokojnym, że wszystko jest dokładnie tam, gdzie powinno być.
Dlatego znowu pobiegłam nad San.
I znowu się wypłakałam.
I znowu woda zabrała wszystkie moje łzy.
Marzec. Słońce.
A ja stoję w tym świetle, otulona powietrzem, promieniami i welonem własnych włosów.
I poddaję się.
Po prostu poddaję się życiu. Temu, co jeszcze przede mną.
Dziecko o orzechowych oczach znowu ma się pojawić. Znowu będziemy rozmawiać w trzech językach, żeby mogło powiedzieć to, co najbardziej potrzebuje powiedzieć.
I wtedy zrozumiałam coś jeszcze.
Może właśnie tak ma być.
Może jestem dokładnie tam, gdzie powinnam.
Może jestem potrzebna… inaczej niż kiedyś myślałam.
I wciąż jestem…
☕ Postaw mi kawę
Jeśli poruszyły Cię moje słowa, rozbawiły lub posmakowały – otul mnie aromatem filiżanki kawy.
Porządki bywają początkiem przygód. Czasem coś oddaję, czasem coś puszczam w świat, żeby znalazło nowy dom. Zajrzyj – może właśnie u mnie czeka Twój drobiazg z historią.
Zajrzyj do mojej szafy na Vinted





