Meandry życia, meandry Sanu
Kiedyś myślałam, że jak coś boli, to trzeba to zamknąć w sobie. Nie pokazywać nikomu. Nie mówić. Uśmiechać się tak dobrze, jakby za ten uśmiech można było dostać Oscara. A potem nagle przestałam umieć milczeć.
Zaczęłam krzyczeć. Tłuc się o ściany. Rozlewać się po ludziach, którzy akurat stali najbliżej. Dziś widzę, że to nie było mówienie.
To była walka o oddech. Teraz robię inaczej.
Teraz opowiadam. Opowiadanie nie boli mniej, ale boli inaczej. To już nie jest rana otwarta. To jest książka, którą da się przeczytać do końca. Nawet jeśli są w niej rozdziały, przez które trzeba iść powoli, z przerwami, czasem z zamkniętymi oczami. Czytam. Odkładam książkę na półkę. Wiem, gdzie stoi. Nie muszę jej codziennie zdejmować. Nie musi wypadać mi z rąk. Jest przeczytana.
Najlepiej układa mi się to w ruchu.
Zawsze zaczynam spod domu. Punkt zero. Pani Gienia na balkonie. Sąsiadka z kamienicy obok poprawiająca firanki. Chwila zwyczajności, kilka kroków ulicy, a potem ścieżka, która prowadzi między krzaki. Najpierw wąska, niepewna. Znam ją na pamięć, ale za każdym razem idę, jakby pierwszy raz. Za most. W stronę Międzybrodzia. Tam, gdzie zaczynają się meandry Sanu.
San zawsze jest ten sam. I za każdym razem inny. Idę tą drogą setki razy i za każdym razem ona pamięta mnie w innej wersji.
Tę, która krzyczała.
Tę, która nie umiała oddychać.
Tę, która szła szybko, jakby przed czymś uciekała.
Tę, która biegła aż opadła z sił…
I tę, która teraz idzie wolniej, bo już nie musi.
Rośliny po drodze zmieniają się razem ze mną. Były szarobure, przygięte do ziemi. Były przykryte śniegiem, zamknięte w sobie. Były wybujałe, zielone, bezwstydne w swoim wzroście. Teraz są w przejściu. Ani martwe, ani jeszcze w pełni żywe. Dokładnie jak ja.
Niebo nade mną też ewoluuje. Czasem niskie i ciężkie, czasem jasne i rozlane. Czasem pełne ptaków, które nagle zaczynają swój wiosenny śpiew. Patrzę na to niebo i myślę, że skoro ono ma prawo się zmieniać, to ja też.
Na tych spacerach historie same się układają. Już nie w krzyk. W zdania. Już nie w chaos. W sens. Widzę je jak książki. Przeczytane do końca. Odłożone na półki. Każda na swoim miejscu. Nie po to, żeby do nich wracać bez końca. Po to, żeby wiedzieć, że są. Że były. Że mnie zbudowały.
Kiedyś krzyczałam jak burza.
To było potrzebne. Krzyk był błyskawicą. Rozrywał powietrze, robił miejsce. Teraz opadam inaczej. Jak mżawka. Cicho. Kropla po kropli. Nie niszczę. Otulam. Uczę się być ze sobą w tym opowiadaniu. Uczę się też zasypiać spokojnie. Zasypiać sama z własnymi myślami, zasypiać sama z własnymi lękami, zasypiać sama z własną nadzieją.
I czasem trzeba jeszcze raz przejść starą ścieżkę. Wydeptać ją świadomie.
Żeby zobaczyć, gdzie obok zaczyna się nowa.
Jeśli poruszyły Cię moje słowa, rozbawiły lub posmakowały – otul mnie aromatem filiżanki kawy.
Porządki bywają początkiem przygód. Czasem coś oddaję, czasem coś puszczam w świat, żeby znalazło nowy dom. Zajrzyj – może właśnie u mnie czeka Twój drobiazg z historią.
Zajrzyj do mojej szafy na Vinted





