San. Cztery pory powrotu
Wiosna. Waskriesenije
San odmarza pierwszy, jakby znał tajemnicę początku…
Jeszcze z brzegów spływa lód, a już w głębi coś się porusza. Cichy szept języków, które od wieków spotykają się w tej wodzie. Polskie, łemkowskie, ukraińskie głoski płyną razem, niosąc swoje modlitwy i przekleństwa, pieśni i codzienne „dzień dobry”. Rzeka rozumie wszystkie naraz, nie prosi o tłumacza.
Wchodzę powoli, jak w rozmowę po długim milczeniu. Zimno tnie kostki, ale w środku puls. To nie zmartwychwstanie z obrazka, raczej powszednie waskriesenije: powrót do oddychania, do krwi, do zwykłego „jestem”. Palce stóp rozpoznają dno jak alfabet, kamień po kamieniu, sylabę po sylabie.
Po drugiej stronie ktoś też schyla się po wodę. Może w tym samym geście, z tą samą nadzieją, że wszystko zacznie się od początku, ale bez unieważniania dawnych historii. Wiosna nie pyta o granice. Budzi i łączy, jakby pamiętała, że kłącza drzew nie znają pasa granicznego, a korzenie rozmawiają pod ziemią bez paszportów.
Rośliny jeszcze nie wiedzą, że mogą rosnąć, ale już próbują. Ja też próbuję. Rozciągam barki, pozwalam, by zimny nurt wypłukał resztki bezruchu. Każdy haust powietrza ma smak metalu i trawy, jak łyk z puszki, którą ktoś zostawił na słońcu w lipcu sprzed lat.
W wodzie unoszą się odpryski przeżyć, lśnią jak łuski: wstyd, że czasem byłam zbyt głośna; duma, że byłam; lęk, który kurczy się do rozmiaru pestki; śmiech dzieci, co biegną brzegiem i układają z patyków mosty do jutra. Rzeka nie ocenia. Przelewa we mnie odwagę powrotu.
Gdzieś niżej nurtu stary konar robi za ambonę dla jakiegoś lota. Ptak stoi nieruchomo, jakby wygłaszał kazanie o cierpliwości. Rozumiem: wiosna nie jest po to, by pędzić. Jest po to, by zobaczyć, jak lód puszcza w sobie samym.
Nadciąga deszcz o zapachu zardzewiałych huśtawek. Krople kłują skórę, ale to miłe kłucia, uwierają tam, gdzie trzeba się obudzić. Słyszę, jak rzeka mówi do mnie równocześnie w kilku językach: chodź, chodim, idźże, ходи. Wszystkie znaczą to samo. Wszystkie są prawdziwe.
Gdy wychodzę na brzeg, mięśnie drżą jak struny. Otulam się ręcznikiem, ale to woda mnie ogrzewa-ta w środku, która nagle przyspiesza, rozprowadza wiosnę do czubków palców i ostatnich wątpliwości. Wiem, że wrócę. Wiem, że ten powrót jest większy niż ja.
Lato. Pełnia
Latem San pachnie słońcem. Woda jest miękka jak skóra dziecka, gładka i nasycona światłem. Wchodzę bez wahania. Ciało pamięta ten dotyk, znajomy od lat, jak ulubiona piosenka, w której pomijasz refren, bo i tak gra ci w kościach.
Brzeg to koc, chleb, nacięte na ćwiartki pomidory, dłoń ociekająca sokiem. Ktoś śmieje się zbyt głośno, ktoś drzemie pod kapeluszem. Dzieci biegną wzdłuż rzeki, krzyczą, rzucają płaskie kamyki: jeden skok, drugi, trzeci, znika. Na wodzie układają się ich małe rekordy, z których kiedyś będą budować wspomnienia.
Zanurzam się po szyję. Świat zwęża się do oddechu i błysku powierzchni. Nagle wszystko jest proste: płynąć to znaczy płynąć, a nie „mieć plany na przyszły wtorek”, „zdążyć z listą”, „domknąć wątek”. Rzeka rozsupłuje moje dylematy.
Słońce prześwietla nurt na kolor herbaty z miodem. Pod palcami przesuwa się piaszczysta fraza, w której każde ziarenko zna swoje miejsce. Dotykam dna jak czytanej na pamięć strony. Znam te zdania, a jednak wciąż mnie zaskakują.
Woda przyjmuje wszystko jednakowo: zmęczenie, śmiech, niedokończone zdania, drobne ukłucia zazdrości, które rozpuszczają się szybciej niż cukier. Uczy, że ciało i pamięć nie stoją po przeciwnych stronach. Że można być naraz tu i tam: w kadrze, gdzie dziecko stoi na skale jak kapitan, i w miejscu, skąd patrzę spokojna o to, co płynie.
Na łące ktoś gra na gitarze trzy akordy na krzyż. Wystarczy. Pełnia nie potrzebuje aranżu. Wystarczy, że wiatr przewraca struny, a rzeka robi za sekcję rytmiczną, cicho, równo, do przodu.
Wychodzę z wody i czuję, jak skóra iskrzy. Tętno wybija własny takt, zsynchronizowany z nurtem. Słony smak na ustach, słodki dym z ogniska, ścieżka wzdłuż brzegu, gdzie trawa układa się do snu. Lato jest obietnicą, której nie trzeba składać na piśmie: jutro też będzie można wejść, zostawić na kamieniu kłopot, zabrać ze sobą odwagę.
Gdy zapada zmrok, woda ściemnia się o ton. Na drugim brzegu, tam gdzie Sosenki, pojawia się ogień. Mruga jak oko nieba. Kładę się na plecach i pozwalam, by nurt poniósł mnie parę metrów w dół. Z góry nadciąga wielkie stado gwiazd… Każda płynie tam, gdzie ma płynąć. I ja też.
Jesień. Odbicie
Jesień nad Sanem ma zapach dymu i mokrych liści. Woda ciemnieje, staje się poważna, jakby wiedziała więcej niż latem. Wchodzę wolniej, już nie po kolana. Po myśli. Każdy krok odbija się echem w głowie, jak pytanie: czy warto było się spieszyć.
Chłód nie atakuje, raczej stawia granice. Uczy dystansu do zgiełku, który latem brzmiał jak muzyka. Z gałęzi odklejają się pierwsze żółte zdania, płyną wokół mnie jak listy bez adresu. Nie wszystkie chcę czytać, ale wszystkie przyjmuję.
Życie zaczyna się jesienią, kiedy robi się chłodniej. Kiedy człowiek uczy się wybierać: ciepło dłoni zamiast fajerwerków, ciszę zamiast gwaru, dwa dobre słowa zamiast dziesięciu ładnych. Rzeka płynie wolniej, ale głębiej. Taka jest też podobno miłość. Mniej w niej skoków, więcej trwania. Mniej obietnic, więcej obecności.
Patrzę w taflę. W odbiciu widzę kogoś znajomego i kogoś nowego jednocześnie. Powieki cięższe o lata, usta spokojniejsze o to, co już było i o to, czego miało nie być, a jednak jest. Odwracam dłoń pod wodą i czuję, jak nurt zapisuje na skórze krótkie notatki: „tu”, „teraz”, „dość”. Dość, dość, dość.
Liście odpływają jak strzępy fotografii. Niektóre toną bez słowa, inne jeszcze przez chwilę wirują, jakby chciały się pożegnać. Nie żałuję żadnego. Jesień nie jest od żalu, tylko od zgody. Od nienadążania celowo, żeby widzieć więcej.
Wieczorem para unosi się nad lustrem rzeki jak cienka mgła elegancji. Siadam na kamieniu, który pamięta moje letnie ślady. Ktoś z daleka woła psa, echo niesie imiona, których nie użyję; ważne, że wołanie wraca.
Wychodzę później niż zwykle. Krople wody trzymają się kostek jak malutkie zwierzęta, nie chcą puścić. Otulam je ręcznikiem, a one wsiąkają jak wiadomości, które docierają za późno, a jednak w sam czas. Tego dnia nie potrzebuję morału. Potrzebuję tylko iść brzegiem, zanim zapadnie ciemność, i poczuć, że jesień to nie koniec. To przejście do głębszego nurtu.
Zima. Cisza
Zimą San milknie. Zatrzymany w pół słowa, przykryty bielą, oddycha pod lodem jak ktoś, kto śni. Nad rzeką unosi się para, ledwie widoczna, jak oddech starego świata. W powietrzu drży cisza, nie taka z braku dźwięków, lecz ta, w której nawet echo wie, że nie ma po co wracać.
Wchodzę do wody, która mnie chrzci drobinkami mrozu, krą raniącą uda. To nie ból, to przypomnienie, że jeszcze jestem. Jeszcze! Że ciało wciąż wie, jak oddychać, jak wracać, jak przetrwać chwilę, gdy wszystko wokół zastyga. Rzeka przyjmuje mnie ostrożnie, jakby też bała się tego dotyku. Pod powierzchnią czuję jej puls. Cichy, ale uparty, jak serce, którego nikt nie zdążył nauczyć się poddawać.
Cisza nie jest pustką. To tylko inny rodzaj rozmowy, taki, w którym słowa nie są potrzebne. Wystarczy spojrzenie, wdech, drobny ruch dłoni w stronę wody. San płynie dalej, choć go nie widać. Jak wszystko, co trwa naprawdę-miłość, pamięć, to, co niewypowiedziane.
Patrzę, jak śnieg wygładza ślady, jak świat zwalnia do oddechu. Czasem mam wrażenie, że to właśnie wtedy życie jest najbliżej. W chwili zatrzymania, w bezruchu, który wcale nie jest końcem, tylko cichą zgodą.
Brzeg skrzypi pod stopami jak stara podłoga. Każdy krok wydaje się decyzją. Woda przykleja się do skóry rzadkimi iskrami, które zaraz gasną, ale zostawiają po sobie znak, jak pieczęć: „byłaś”. Z daleka dobiega stuk dzięcioła, pojedynczy, równy niczym metronom zimy.
Woda śpi, ale we mnie wciąż krąży. Niesie wspomnienia letnich dni, zapach trawy, śmiech dzieci, nadpiłowane przez wiatr szum drzew, ciepło rąk, które podawały ręcznik i milczały inteligentnie. Czekam na wiosnę nie po to, by zacząć od nowa, lecz by znów rozpoznać siebie w jej odbiciu w tej samej rzece, w innym czasie.
Kiedy wychodzę, zostawiam na trawie kilka kropel jak paciorki. Mróz doszywa je do świata cieniutką nitką. Idę wolno, a rzeka gra we mnie cichą linię basu. Wiem, że wrócę. Bo rzeka we mnie nie zamarza. Zmienia tylko stan skupienia.
Jeśli poruszyły Cię moje słowa, rozbawiły lub posmakowały – otul mnie aromatem filiżanki kawy.
Porządki bywają początkiem przygód. Czasem coś oddaję, czasem coś puszczam w świat, żeby znalazło nowy dom. Zajrzyj – może właśnie u mnie czeka Twój drobiazg z historią.
Zajrzyj do mojej szafy na Vinted





