Most cieni

Wieczór kładł się na Sanockim Moście jak szept, który nie chce się zdradzić. Metalowa konstrukcja drżała w chłodnym świetle latarni, a cienie – te wycięte z kratownicy i te, które każdy z nas przynosił ze sobą. Układały się w dziwne wzory na betonie.

Szłam powoli, starając się nie deptać własnych lęków. Patrzyłam, jak ciemne romby przesuwają się pod moimi stopami – czasem wielkie, czasem drobne, zależnie od tego, jak przechylałam głowę. Może właśnie tak jest z tym wszystkim, co wydaje się większe niż jest w rzeczywistości…. Jeśli odważysz się spojrzeć z innego kąta, kurczy się, traci kontur.

Przysiadłam na poręczy, chociaż wiem, że nie wolno. Chciałam spojrzeć na rzekę z wysokości, bo z wysokości wszystko wydaje się bardziej możliwe.
I pomyślałam wtedy, że może nasze cienie nie są wcale takie straszne – może wystarczy przejść na drugą stronę mostu, spojrzeć w innym kierunku. Albo chociaż odwrócić się i zobaczyć, że za plecami światło wciąż czeka.

Niektórzy boją się mostów. Mówią, że łączą za dużo – brzegi, które wcale nie chcą być razem, ludzi, którzy wolą nie patrzeć sobie w oczy.

Ja myślę, że most to dowód, że jeszcze potrafimy czegoś chcieć od siebie nawzajem. Że mimo wszystko próbujemy przejść nad tym, co nas dzieli.

Sanocki Most nauczył mnie patrzeć pod nogi i ponad głową jednocześnie. Bo kiedy idziesz, cień i światło ścigają się na twoich stopach, a wysoko, pośród krat, zostaje ostatnie słońce, którego już nikt nie widzi. Tylko ty jeśli się zatrzymasz i podniesiesz wzrok.

Czasem, kiedy zbyt długo gapię się w swoje cienie, robią się ogromne, szorstkie, prawie namacalne. Rozrastają się jak strach o przyszłość, jak żal, którego nikt nie wypowiedział. Ale jeśli wtedy zmienię krok, przeskoczę na drugą stronę ścieżki, nagle znów są tylko cienką kreską pod butem.

Może w życiu chodzi właśnie o to – nie o to, żeby się ich pozbyć, ale żeby wiedzieć, gdzie stanąć, żeby nie przysłaniały widoku.

I może dlatego tak lubię ten most. Bo pozwala mi ćwiczyć odwagę w małych rzeczach. W kroku w prawo, w spojrzeniu w bok, w krótkim westchnieniu na środku stalowej konstrukcji.

Gdybyś mnie teraz zapytał, co zabrać ze sobą na drugą stronę? Odpowiedziałabym: tylko tyle, ile zmieści się w kieszeni. Resztę zostaw tu, w cieniach, na Sanockim Moście.

Bo przecież nigdy nie wiemy, co nas czeka po drugiej stronie mostu.
Możesz iść powoli, roztrzaskać się o własne myśli jak o poręcz, możesz stanąć w pół kroku i cofnąć się w ciemność, ale możesz też pójść dalej. Nie wiedzieć, czy ktoś tam stoi, czy światło zapali się w samą porę.

Sanocki Most ma to do siebie, że po zmierzchu wygląda, jakby prowadził w pustkę. Ale pustka potrafi zaskakiwać. Czasem nagle pachnie chlebem, bo ktoś otworzył okno w domu na skarpie. Czasem błyska latarka, bo ktoś szuka kluczy. Czasem ktoś stoi oparty o barierkę i nie mówi nic. A ty wiesz, że właśnie na ciebie czekał, choćby przez całe swoje cienie.

Nie ma pewności, że coś będzie. Ale jeśli nie przejdziesz – nie dowiesz się nigdy.

Dlatego idę. Idę, bo za każdym razem chcę sprawdzić, czy tym razem za mostem jest ktoś albo coś, co powie: „Nie bój się. Już jesteś po jasnej stronie.”

A jeśli tam nikogo nie ma? To co?
To nic.

To ja będę.

Zostanę w tych cieniach, przy barierce, oparta plecami o zimny metal. Będę tu, gdy będziesz wracać, gdy się zawahasz, gdy zechcesz się obrócić na pięcie i zmyć stąd cały strach razem z kurzem pod butami.

Będę szeptem w kratownicy, oddechem w szczelinach między deskami.
Będę tym kawałkiem światła, który znów spadnie na twoje buty, kiedy zmienisz kąt patrzenia.
Będę cieniem, co maleje, gdy go dotkniesz.

I będę zawsze po tej stronie – albo po tamtej, jeśli zechcesz.
Bo cienie, mój drogi, nie idą same.
Trzeba je zabrać ze sobą albo zostawić – czasem wystarczy otworzyć dłoń. I strzepnąć. Niech popłyną Sanem do wschodu słońca.

A most-most tylko czeka.
Żebyś przeszedł.
Żebyś wrócił.
Żebyś raz jeszcze spróbował nie bać się ciemności.

I jeśli kiedyś nie starczy ci odwagi, żeby wejść na ten most
pamiętaj, że mosty nie mają pamięci.
Nie liczą kroków, nie obrażają się za zwlekanie.
Most po prostu jest.

Czeka na twój cień, na twoje westchnienie, na ciche „może dziś”.
I jeśli nie dziś. To jutro.
A jeśli nie jutro. To kiedyś.

I ja też wtedy będę.
Tu, w tym samym miejscu, gdzie zostawiłaś swoje pierwsze odważone spojrzenie.
Z tym samym szeptem:
„Chodź. Jeszcze kawałek. Tylko kawałek. A potem – zobaczymy.”

Każde słowo z tobą Bernadetko Andruszko . Dla tych w których zostawiłaś cząstkę.

☕ Postaw mi kawę

Jeśli poruszyły Cię moje słowa, rozbawiły lub posmakowały – otul mnie aromatem filiżanki kawy.

Porządki bywają początkiem przygód. Czasem coś oddaję, czasem coś puszczam w świat, żeby znalazło nowy dom. Zajrzyj – może właśnie u mnie czeka Twój drobiazg z historią.

Zajrzyj do mojej szafy na Vinted

Odpowiedz

Please enter your comment!
Please enter your name here